Czytam, przyciśnięta do chlodu białej ścianyw w ascetycznym barze aspirujacym do miana bycia "cool", (co jednak, ze względu na swoją lokalizację - brudnawy pasaż podziemny - jest raczej skazane na niepowodzenie), takie oto zdanie w jednym z czasopism, które chwilowo zastępuje mi najmądrzejsze podręczniki:
" - To okropne, gyd się zaczyna dostrzegać coś, czego inni nie wiedzą - mówi Karolina.
- To przecież dar - mówię.
- Z tego czerpią poeci "
"Nice...." - myślę.
... Ale dopiero później kolejna, już nie tak optymistyczna myśl, zakrada się do mojej głowy - "No tak, tylko jak mam rozpoznać, czy akurat w moim przypadku jest to dar, czy może psychoza natręctw, albo zaburznia psychosomatyczne?"
Zanim zabiorę się za conajniej 5-cio centymetrową warstwę mięciutkiej pianki (głównego powodu picia kawy w moim przypadku), wyciągam jeszcze konieszkiem placa zabłakany cieniutki, pozwijany w niej włosek, zapewne własność czarnowłosej pani ekspedientki.
Do kawałeczków białej czekolady zanurzonych ponoć w moim muffinku dogryzam się dopiero, gdy jestem już grubo za połową i gdy prawie tracę nadzieję że one tam wogóle są. Ale są. Za połową.
Minimalistyczne, zimne wnętrze nieustannie przypomina mi o bliskości dworca, pośpiechu, chłodzie, a wpatrujące się we mnie białe krzesło po mojej prawej ręce, wydaje się całkiem przyjazne, ale tylko na chwilę... na te pare sekund, które możesz poświęcić aby połknąć kilka kawałków włosko brzmiącej potrawy okazującej się ciepłą kanapką z mikrofali, i wlać w gardło cztery wielkie hausty kawy - potem głośne sshur-sshur, torba na ramię, szybkie kroki w stronę wyjścia, powrót po parasol zwisający z oparcia krzesła, błyskawiczny kontakt wzrokowy z czarnowlosą ekspedientką i przesłany jej przelotnie garnitur wszystkich zębów. Innymi słowy Międzynarodowy Gest wyrażający "Bosh! jestem taka roztrzepana!"
Okazało się, że klientami obecnego tu baru, którego dizajnerskie naczyńka, ekspres do kawy, oraz menu wypisane figlarnymi zawijasami przy uzyciu białej kredy, stara się podnieść do rangi szybkiej, ale modnej kafeterii, odwiedzają nie tylko wyzywająco wyglądające panie w kurteczkach z imitacji lamparciej skóry, pseudointelektualiści z nosem w książkach, czy starsze panie i panowie wchodzący na zwiady, ale rówież i... p t a c t w o ....
.... i nie mówię tu o talarkach szynki drobiowej wypoczywającej w chłodnym środowisku lokalowej chłodziarki, ale najprawdziwsze gołebie!
Na szczęście architekt przewidział i tę okoliczność i czyniąc ściany ascetycznie gładkimi nie obdarował skrzydlatych obywateli miasta Kraków grzędą, lożą szyderców nad naszymi głowami, czy innymi formami siedlisk na których nowoprzybyły klient mógłby się zahaczyć.
Po swoim zdezorietowanym i spazmatycznym tańcu pod sufitem, ów gołąb postanowił wrócić skąd nadleciał, tak z resztą jak i większość starszych ludzi, którzy niebawem wydeptaja sobie ścieżkęw tym przybytku dworcowym: wejście - cztery niepewne kroki do przodu - rzucenie żurawia za lade - obrót - zawrócenie tą samą tratorią.
Nie wróżę, niestety, temu lokalowi świetlanej przyszłości.
Głównie dlatego, że forma lokalu nie pasuje do dworcowej klienteli skaładającej się przeważnie ze skrzydlatych mini-fabryk produkujących jednynie zanieczyszczenia, oraz obutych w Relaksy przysadzistych pań mających swój obiad w metalowych bańkach pod krzesłem.
Jak już napisałam w temacie... to, co napisałam powyżej nie ma zbytniego sensu... ale miełam mnóstwo radochy pisząc to! :)
A oto mój anstrakcyjny obraz nad którym teraz pracuję dla urozmaicenia tego postu :)